sobota, 8 kwietnia 2017

Wiosenne wspomnienie o społecznym czynie



Nawiązując do notki  Stara wiara nie rdzewieje  opublikowanej w kwietniu 2011  uprzejmie  przypominam, że:

      Jednym z popularnych dowcipów opowiadanych dla umilenia zgromadzeń biesiadnych, które to odbywały się często jako ogólnie dostępna dla ludu rozrywka, była taka oto dykteryjka:

„ W Ameryce pieniądz opiera się na złocie, a w Peerelu na cynie. Społecnym…”

        Wiosenna chęć do wymiatania po zimowych brudów i porządkowania otoczenia skłania do wspomnienia o zapomnianym zjawisku jakim był „czyn społeczny” czyli działanie polegające na nieodpłatnym wykonywaniu pracy służącej lokalnej lub ogólnopolskiej społeczności. Wielu z nas uczestniczyło w zbiorowych akcjach sadzenia drzew /obecny Minister od Wycinki i Wyrębu prawdopodobnie też/ plantowania terenów i zakładaniu trawników, malowania płotów i wielu jeszcze innych społecznie użytecznych prac. Czasem był to pracowniczy mus, często jednak zwyczajna ludzka potrzeba poprawy estetyki i komfortu życia. 

        Ludzi aktywnych w organizowaniu lokalnych społeczności nazywano „Społecznikami”. To oni wyznaczali cele, agitowali i organizowali prace. Zazwyczaj byli to ludzie cieszący się uznaniem i sąsiedzkim autorytetem, ludzie z organizacyjnym talentem i dużą wrażliwością na potrzeby innych. Używając współczesnego języka można by o nich powiedzieć: Liderzy kreujący motywację, odpowiedzialni za przygotowanie logistyczne i sprawne przeprowadzenie przedsięwzięcia. Ufff…       Wbrew pozorom takie działania prowadzi się także współcześnie, ale kto by się odważył nazwać to czynem społecznym? Albo Lidera Społecznikiem? Za nic.

        Efekty prac wykonanych w ramach czynów społecznych były szczególnie dobrze widoczne na komunalnych osiedlach i wokół nich. Ludzie tam zamieszkujący z własnej inicjatywy pielęgnowali zieleń, uprawiali ogródki i sadzili krzewy na społecznej „ziemi niczyjej”. Prawdą jest, że ówczesny styl i tempo życia znacznie im to ułatwiał. Ludzie żyli może mniej dostatnio i komfortowo, ale znacznie wolniej. Był czas na zajęcia dla „dobra wspólnego” bo dobrym obyczajem było utrzymywać kontakty z sąsiadami i wzajemna sąsiedzka pomoc. 

        Dawne osiedla komunalne obecnie przekształciły się w zbiór Wspólnot Mieszkańców. Nie wiem czy wszędzie tak jest, ale Wspólnoty na moim osiedlu koncentrują się na wspólnym narzekaniu, stawianiu żądań, rozliczaniu Administracji i… Rozjeżdżaniu trawników kołami swoich „wypasionych” samochodów. Żywopłoty powyrywać? Taaak! Będzie więcej miejsca dla aut. A podobno Właściciel  bardziej dba o swój teren niż Lokator zasiedlający państwowy lokal. Nie pierwszy raz teoria mija się z praktyką. W oczekiwaniu na podjęcie działań przez spierające się o odpowiedzialność i kompetencje instytucje, osiedle wyglądało tak jak na zdjęciu po lewej. Jakże wtedy tęskniłam do czynu społecznego.  Tęskniłam w osamotnieniu, bez sąsiedzkiego wsparcia.
 
        Tak sobie pomyślałam, że choć zza żelaznej kurtyny, mieszkańcy Peerelu działali w zgodzie z hasłem Prezydenta USA Johna F. Kennedy’ego: „Nie pytaj, co twój kraj może zrobić dla ciebie, pytaj, co ty możesz zrobić dla swojego kraju” .

        Tak! Tacy to byliśmy „hop, do przodu”!  

        Tyle teorii na dziś. Pora chwycić za sekator aby przyciąć nieco krzewy rosnące na wspólnotowym trawniku i ukwiecić również wspólnotowy balkon. Przecież jestem z Peerelu…

         Acha, dodać także muszę, że instytucje odpowiedzialne uzgodniły stanowiska i obecnie osiedlowa zieleń jest porządkowana i strzyżona przez firmę opłacaną z funduszy wspólnotowych. I stało się to przed erą "dobrej zmiany"!



sobota, 25 marca 2017

Wiosenne nasadzenia - kontra przesilenie



        Już od dni kilku nie bacząc na gorsze od idealnego samopoczucie /wiadomo - wiosenne przesilenie/ zaglądam na kwietne stoiska pobliskiego bazarku, wizytuję kwiaciarnię i spoglądam łakomie na zieleń tulipanów śmiało wzbijających się ponad zimną jeszcze glebę. 

- Jeszcze poczekaj, jeszcze nie czas, będą przymrozki, cierpliwości

 Tak tłumaczę sama sobie, aby powstrzymać chęć posiadania wiosennych roślinek. A rączki swędzą, aż się rwą do pracy.

Ufff… Ogłoszono wreszcie astronomicznie i kalendarzowo: Wiosna jest! A na moich plantacjach zaokiennych wciąż królują zaschnięte jesienią wrzosy wespół z zimową choiną i wigilijną jemiołą! Wstyd i hańba! Dłużej tego nie wytrzymam.

To cóż, że termometr wskazuje inaczej niż powinien, a słońce ledwo raczy czasem błysnąć od niechcenia? Nie dam się sterroryzować aurze. Termometr zaklejam plastrem i wyruszam na kwietne zakupy. Na bazarku: Och i ach! To wiosenny raj. Łapią mnie za oczy bielutkie jak śnieg stokrotki, pstre połacie bratków i strzeliste żonkile. Dzielnie walczę z sobą aby obojętnie minąć skrzynki z krokusami i narcyzami. Podobnie ciężko jest ignorować pęki słabiutkich jeszcze, ale jakże wytęsknionych tulipanów… Silna wola i rozsadek zwyciężają więc zakupy skromne, na miarę dostępnego miejsca na parapetach i balkonie. 


Praca wre. Zeschłe wspomnienie jesieni i zimy precz! Młodziutkie sadzonki – do skrzynek! No i mam swój maleńki wiosenny ogródek, w którym roślinki będą rosły w siłę w miarę dostatniego podlewania. 

 
Samopoczucie szybuje w górę! Dziarsko przestawiam wskazówki mechanicznego zegara bo ten biologiczny już mi się sam przestawił:))



poniedziałek, 6 marca 2017

Dzień Kobiet - dzień wspomnień, dzień szyderstw



        Nie mogę się powstrzymać aby milczeć w przededniu obchodów /?/ Dnia Kobiet. Wiem, wiem, temat to ograny, obśmiany i przegadany na wszystkie możliwe sposoby. Już dawno ustaliłam i ogłosiłam chyba też na tym to peerelowskim blogu, że obowiązuje pełna dowolność w tym temacie: można świętować, można ignorować, można wspominać. Jeśli jednak kogoś ten dzień „bardzo boli” to nawet szydzić też może. Byle cichutko… Hi, hi, hi.

        Ja wybieram wspomnienia. 
zdjęcie z bieżącej gazetki "Tele Tydzień"

   * Spółdzielnia Samopomoc Chłopska zatrudniała mnóstwo kobiet obsługujących sieć drobnych sklepików spożywczych i przemysłowych, punktów skupu i usług rozsianych gęsto w rozległym terenie. Często w małych wioskach albo w trudno dostępnych zakamarkach miasta. Firmą zarządzali Panowie Prezesi. W dniu ósmego marca Prezesi wyruszali w teren służbową Nyską. Wystrojeni w reprezentacyjne garnitury przemierzali wioski i błotniste zaułki aby każdej z pań osobiście wręczyć czerwonego goździka albo tulipana w folii. Rajstop nie mieli – był za to cmok w rękę i uścisk dłoni Prezesa oraz rozpromienione, dowartościowaniem  twarze kobiet.

     * W pewnej restauracji w odbywały się dancingi. Bez okazji, w każdy wtorek oraz czwartek od godziny 19. Przypadkowa okoliczność zjedzenia późnego obiadu przypadła mi akurat na dzień ósmego marca. W jednym końcu sali spora gromadka ludzi wesoło ucztowała racząc się kawo-herbatami i ciastkami. Popijano także wina, likiery i zapewne także wódkę sądząc po rosnącym radosnym podnieceniu grupy. Oficjalne przemowy wyelegantowanych panów zdradziły, że właśnie służbowo obchodzono zakładowy Dzień Kobiet. Uroczystość oficjalną zakończono dopijając wystygłą już herbatę lecz gromadka ludzi nie opuściła lokalu. Służbowo zintegrowane towarzystwo wykupiło na prywatny już rachunek  bilety wstępu na rozpoczynający się niebawem dancing. Dzień Kobiet w tym zakładzie pracy zakończono… Nie wiadomo kiedy i jak wyglądała praca nazajutrz. Integracja za to była nadzwyczajna.

             Drodzy Czytelnicy, przynieście  tu swoje wspomnienia. Zabawmy się tym dniem na przekór szydercom i wyśmiewaczom! Niech się święci Międzynarodowy Dzień Kobiet!